O cierpieniu Pana 6/6

VI. Droga ku zwycięstwu czyli Niewiasta przy Ukrzyżowanym 


6 czerwca 2010 roku przeżywaliśmy beatyfikację ks. Jerzego Popiełuszki. Kilka miesięcy przed wspomnianą beatyfikacją ukazał się w Gościu Niedzielnym wywiad z panią Marianną - mamą ks. Jerzego (Nr 08/2010 z dnia 28 luty 2010). Wywiad był przeprowadzony przez Marcina Jakimowicza:   
„Panie, która matka to wytrzyma? – oczy staruszki zachodzą mgłą. – Jak takie rzeczy przeżyć matce? – szepcze ze wschodnim akcentem przez łzy. – To wielki kamień na sercu… Wie pan, co mnie ratowało, gdy to wszystko zobaczyłam? (pani Marianna pokazuje fotkę z ociekającą krwią twarzą syna). To, że patrzyłam na Matkę Bożą. Ona to dopiero wycierpiała. Widziała ciało zabitego Syna. Ja cierpiałam razem z nią. Ona nad swoim Synem, ja nad swoim… Przecież żeby Pan Bóg chciał uchronić syna, to mógł uchronić. Ale widać trzeba było tej ofiary. Ja przebaczyłam mordercom, ale to nie moja zasługa. To dar Ducha Świętego”.

Patrzyłam na Matkę Bożą… patrzyła Jej oczami na ofiarę Syna, przyszedł Duch Święty… z krzyża Jezusa, w najciemniejszej chwili – to również istota modlitwy różańcowej: patrzeć oczami Maryi na życie Jezusa  (różaniec jest widoczny na jednej fotografii w domu p. Marianny)  

Krzyż promieniuje miłością Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Bóg pobłogosławił nawet winę ludzką – „błogosławiona wina” (felix culpa). Nigdy i nikt nie jest przegrany u Boga, żadna siła zbrodni, ani ten co ją popełnił, nie przeważy siły miłości Ukrzyżowanego, a miłość ta zdolna jest nas przemieniać, dawać siłę świętości czyli upodabniać do Boga! Tak było z Maryją przy krzyżu, tak było z mamą sługi Bożego ks. Jerzego tam może być z każdym z nas. Warto i trzeba stać przy Ukrzyżowanym – jak w słońcu po ciężkiej zimie, choćby chwilę…  
Św. Jan zapisał: „A obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: Niewiasto, oto syn Twój. Następnie rzekł do ucznia: Oto Matka twoja. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie” (J 19, 25-27).
W godzinie cierpienia Jezusa Maryja jest - jak potrafi - najbliżej krzyża. Jest, bo kocha i ufa. Właśnie w tej godzinie otrzymuje nową misję. Bo dla Boga nie ma straconych i bezsensownych chwil. Największa rana może być źródłem nowych łask, charyzmatów, największa strata może być początkiem największego bogactwa ducha, śmierć może stać się i jest nowym początkiem…
Tam gdzie wszystko – po ludzku – kończy się, gdzie ponosimy największe straty – Niewiasta (bo tak nazywa Jezus swoją Matkę) otrzymuje nowe dzieci (do tej pory miała tylko Jedynego Syna i dobrze Go wychowała – teraz otrzymuje wszystkich uczniów Syna!). Wszystko więc się zaczyna – misja wychowywania, doprowadzenia do dojrzałości, aby dzieci Maryi i uczniowie Pana kochały jak On.       
W tych zaledwie dwóch wersetach z Biblii jest zawartych wiele ważnych myśli. Na koniec naszych rozważań pasyjnych chciałbym zwrócić uwagę na dwie sprawy: na słowo „Niewiasta” i postawę umiłowanego ucznia, który „od tej godziny” (od paschy Jezusa) wziął Niewiastę do siebie. 
Słowo „Niewiasta” oznacza Matkę Jezusa, ale czy tylko? Zdaje się, że św. Jan przekazuje nam coś więcej właśnie przez to, że nie wypowiada wprost imienia Matki Jezusa – Maryi. Zwróćmy uwagę, że nie jest to jedyne miejsce w Piśmie św. z tym określeniem. W Apokalipsie – najważniejszej księdze pocieszenia, dla nas żyjących pomiędzy zmartwychwstaniem Jezusa a  Jego paruzją, czytamy: „Potem wielki znak się ukazał na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu. A jest brzemienna. I woła cierpiąc bóle i męki rodzenia. I inny znak się ukazał na niebie: Oto wielki Smok barwy ognia, mający siedem głów i dziesięć rogów - a na głowach jego siedem diademów. I ogon jego zmiata trzecią część gwiazd nieba: i rzucił je na ziemię. I stanął Smok przed mającą rodzić Niewiastą, ażeby skoro porodzi, pożreć jej dziecię” (Ap 12,1-6).

„Męki i bóle” fizyczne związane z narodzinami Jezusa nie dotyczą Maryi (Maryja jest Niepokalana – bez grzechu i jego skutków), równoczesne pojawienie się ognistego smoka na niebie i zrzucenie „trzeciej części gwiazd na ziemię” to nie jest sceneria betlejemskiej szopki, ukrytego przecież i ubogiego przyjścia Jezusa na świat. Umiejętność czytania i odczytywania Apokalipsy nie jest łatwa, ale jest nam bardzo potrzebna. Niewiasta apokaliptyczna to ktoś kto jest ponad czasem (księżyc pod stopami), jest obleczona w moc Boga (słońce) – jest niezwyciężona i ma wieniec z gwiazd dwunastu – (symbol 12 pokoleń Izraela, 12 apostołów – całego Ludu Bożego). Ta Niewiasta ma misje – rodzić Jezusa pośród prześladowań i walki. Rodzić, ale gdzie? W historii świata, aż do przyjścia Jezusa Chrystusa i sądu ostatecznego. Poród jest bolesny, trudny albowiem z wielka mocą działają przeciwnicy Niewiasty – sami chcąc być znakiem dla ziemi. Ten „inny znak” to smok, symbol przeciwników „godziny” jezusa, tutaj rozrastający się do organizacji historycznej o korzeniach szatańskich, demonicznych. Dla wielu organizacji i systemów wiara w Boga Jedynego i Kościół katolicki jest – może już jedyną przeszkodą w zaprowadzeniu „nowego porządku”. Ten „inny, nowy porządek” pochodzi od smoka, który niszczy „trzecią część gwiazd”. Jesteśmy świadkami tej walki między dwoma królestwami: Bożym oraz ziemskim, zamkniętym na Boga Jedynego. Królestwo ciemności zmierza do wyeliminowania z historii tego, co Boże, Chrystusowe. Jednak wartości Królestwa Boga istnieją w Kościele i będą istniały do końca świata, to znaczy do paruzji (choćby w małej, ale wiernej wspólnocie Pana). Chrystus jest w obecny w Kościele, żywy, zmartwychwstały. Tak więc „ciężarna” Niewiasta to po prostu Kościół, który głosi Jezusa Chrystusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego – nadzieję dla świata. Kościół-Niewiasta jest chroniona przez Boga, ale jest zepchnięta na margines w świecie, prześladowana, narażona na męczeństwo. Skąd siła Kościoła, aby realizować tę postawę, skąd ma być brany wzór? Moc jest zawsze od Ducha Świętego! A wzór najpiękniejszy w Maryi, Matce Jezusa. Taki jest zamysł św. Jana mówiącego o Niewieście przy Ukrzyżowanym i w Apokalipsie. Maryja wskazuje na Kościół, który ma rysy macierzyńskie (U. Vanni). 

Jezus pragnie, aby Maryja-Niewiasta  przyjęła uczniów Jezusa za swoje dzieci i aby poszczególny uczeń  przyjął Maryję-Niewiastę w godzinie krzyża. To testament Jezusa. To ważny krok w życiu ucznia Jezusa! Ks. prof. Józef Kudasiewicz proponuje zamiast słowa „przyjął”, słowo „przygarnąć” (bo nie chodzi o rzecz czy jakąś bierną postawę przyjęcia daru). Przygarnąć oznacza „dać komuś schronienie”, „wziąć do domu”, „pod swoją opiekę”, ale też „przygarnąć do serca”, „przytulić się do kogoś”. Umiłowany uczeń przygarnia Matkę Jezusa w swoje najcenniejsze dobra duchowe, staje się Jej synem na płaszczyźnie wiary, ale również przyjęty przez Kościół,  sam uczeń, przygarnia również Kościół – staje się za niego odpowiedzialny. Wchodzi tym samym w „rodzinę Boga”, otwiera się w wierze na dary duchowe, również na Maryję i Niewiastę.
Poszczególne decyzje chrześcijanina powinny być czytelnym znakiem przynależności do Chrystusa w Jego Kościele. Apokalipsa uświadamia wierzącemu, że jest to aktualne nie tylko w czasach prześladowań, ale również wtedy, gdy tych prześladowań jawnych nie ma, kiedy wiele gwiazd jest zmiatanych przez smoka na ziemię – symbol również upadku wielu, którzy powinni jaśnieć a leżą w błocie… 
Jak artysta (np. rzeźbiarz) może mówić, ze tworzy sztukę chrześcijańską skoro wzbudza ona wiele kontrowersji, jest nie tylko niejednoznaczna, ale mając służyć modlitwie, kontemplacji, rozbija człowieka i zniechęca do modlitwy. Z jakiego natchnienia są takie dzieła? Czy można służyć Niewieście-Kościołowi i apokaliptycznemu smokowi? Taki człowiek się nie ostoi – zginie ten który dwom panom służy. A może tylko jednemu służy – smokowi? Upadłe gwiazdy… kto Was wydobędzie z błota ziemi?  

Skąd mieć siłę, aby wewnątrz nas były jednoznaczne myśli, liczne, precyzyjne i oczyszczone natchnienia Ducha Świętego? Skąd mieć silę do przebaczenia i precyzyjnego ratowania upadłych? Trzeba mieć w sobie siłę Ducha Bożego, który przychodzi przez modlitwę. Jedną z możliwości dostępnych dla nas jest rodzaj modlitwy nieustannej, którą jest różaniec. Jan Paweł II zostawił nam piękny i głęboki tekst na temat tej modlitwy Rosarium Virginis Mariae. Tytuł po łacinie, ale oczywiście tekst po polsku. Czytamy w rozdziale „Upodobnić się do Chrystusa z Maryją”: „Mocno doświadczyłem tej prawdy w moim życiu i uczyniłem z niej podstawę mojej dewizy biskupiej: Totus Tuus… Nigdzie drogi Chrystusa i Maryi nie jawią się tak ściśle złączone jak w różańcu” (p.15).     
Św. Ludwik G. de Montfort od którego pochodzą słowa zawierzenia się Maryi (Totus Tuus), mówi o chrześcijanach uformowanych w szkole Matki Jezusa: „Oni jak ogień gorejący rozpalać będą wszędzie żar miłości Bożej. (…) Dobrze oczyszczeni ogniem wielkich utrapień, a ściśle zjednoczeni z Bogiem nosić będą złoto miłości w sercu, kadzidło modlitwy w duchu i mirrę umartwienia w ciele. Dla biednych i małych będą oni wszędzie dobra wonią Chrystusową; dla wielkich zaś tego świata , dla bogaczy i pysznych będą wonią śmierci. Będą nauczali jak iść wąską droga do Boga, w świetle czystej prawdy tj. Ewangelii, a nie według zasad świata… będą mieli w ustach obosieczny miecz słowa Bożego; na ramionach nieść będą zakrwawiony proporzec krzyża, w prawej ręce krucyfiks, różaniec w lewej… owi wielcy, których ukształtuje Maryja i wyposaży na rozkaż Najwyższego, by Królestwo jego rozpowszechniali nad krainą bezbożnych” (Św. Ludwik G. de Montfort, z Traktatu o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny).
Czyż nie jest to opis życia, czynów i owocnej posługi Jana Pawła II Wielkiego? (A. Socci) 
Za tydzień Wielki Pitek, nie będzie Mszy świętej, ani uroczystości  związanych z piąta rocznicą odejścia do domu Ojca Jana Pawła II. On nam dał i daje wiele prezentów…  

Wezmę do ręki różaniec, aby stać z Maryją w trudnej godzinie dla Kościoła i w trudnej godzinie mojego życia wraz Marią Magdaleną, mamą ks. Jerzego, z Janem Pawłem II. Chcę być użyteczny w walce, która trwa pomiędzy Niewiastą a smokiem. Maryja wyprosi Światło z krzyża i będę wiedział, co uczynić, przede wszystkim dla Królestwa Bożego, bo wszystko inne będzie mi dodane!

O cierpieniu Pana 5/6

V. Delirium wszechmocy czyli ukrzyżowanie Jezusa 

„Ci zaś, którzy przechodzili obok, przeklinali Go, potrząsali głowami, mówiąc: «Ej, Ty, który burzysz przybytek i w trzech dniach go odbudowujesz, zejdź z krzyża i wybaw samego siebie!» Podobnie arcykapłani wraz z uczonymi w Piśmie drwili między sobą… . (Mk 15, 29-30).

Tej rzeczy lękajmy się zawsze i dzisiaj też, aby nie „przechodzić obok” krzyża i drwić… żeby nie bać się zanieczyszczenia jak opisani przechodnie w Ewangelii. Wtedy św. Marek, mówiłby o nas i weszlibyśmy w niebezpieczeństwie nie tylko nieczystości rytualnej, ale utraty zbawienia… Taka postawa to „delirium wszechmocy”! 

Delirium wszechmocy człowieka…
Wyrażenie „delirium wszechmocy” pochodzi od Antonio Socci („Tajemnice Jana Pawła II, Kraków 2008, s. 245). Przypomnijmy: „delirium” – stan zaburzenia świadomości połączony z bredzeniem, halucynacjami i podnieceniem ruchowym. Wywołany np. wysoką gorączką lub alkoholem. A. Socci pisze prosto i szczerze: „Wszędzie słychać krzyk tych, którzy nie chcą, by Bóg, Ojciec miłosierny i wszechmocny plątał się pod nogami czynią to w imię laickości, samostanowienia, tak zwanej nowoczesności. Wyrzuca się Go z rodzin, ze szkół, z kultury, pracy, mediów, polityki, nawet z historii Europy i, przede wszystkim z życia narodów i jednostek, aby potem w obliczu tragedii, pytać ze złością gdzie jest Bóg z miną kogoś, kto chce Go postawić w stan oskarżenia i wytoczyć Mu proces (co zrobiono już dwa tysiące lat temu: wytoczono proces, torturowano, skazano i uśmiercono).

Tak, trawi nas delirium wszechmocy, mamy głupie, niszczące w nas pragnienie postawienia się w miejscu Boga… i  robimy to!

Jezus był świadomy odrzucenia Go. Ale miłosierdzie Boże jest większe niż ludzka głupota. Mówiąc o odrzuceniu jednocześnie Jezus mówi, że będzie to czas łaski dla człowieka. Trzykrotnie mówi o tym uczniom: „zaczął ich pouczać, że Syn Człowieczy musi wiele cierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że będzie zabity, ale po trzech dniach zmartwychwstanie (Mk 8,31; 9,31-32; 10,32-34). Z perspektywy Jezusa Chrystusa nie wolno nam odłączyć zapowiedzi odrzucenia od zapowiedzi zmartwychwstania. Odrzucenie to droga Jezusa – przejście, pascha ku życiu. Z delirium wszechmocy Bóg może i chce nas wyprowadzić.   

Elie Wiesel (myśliciel i pisarz żydowski, jako 15 latek został z rodziną wywieziony w 1944 r. do Birkenau. Po selekcji na rampie i kwarantannie trafił do Auschwitz, potem do jednej z jego filii - Monowitz. W 1945 r. został ewakuowany do Buchenwaldu, gdzie doczekał końca wojny). W jednej z książek opowiada o wstrząsającej publicznej egzekucji, której był świadkiem w obozie koncentracyjnym. Trzech więźniów zostało dla postrachu skazanych na śmierć przez powieszenie. Wśród nich był młodziutki chłopiec, bardzo przez wszystkich lubiany. Był lekki i przez pół godziny nie mógł skonać. Ktoś w otoczonym przez uzbrojonych SS–manów, milczącym tłumie zapytał głośno: „Gdzie jest Bóg?”. Wiesel pomyślał: „Tam, wisi na szubienicy”.

„Ej, Ty – zejdź z krzyża… 
przechodzili obok, przeklinali Go, potrząsali głowami” (Mk 15,29).

Dlaczego Jezus nie zszedł z krzyża? Ponieważ kochał tego chłopca i kocha miliardy innych swoich dzieci. Kocha ciebie i mnie, kocha wszystkich, ofiary i zbrodniarzy wszystkich czasów. Każdy ma swoją „ciemna dolinę”, którą musi przejść jako skrzywdzony i grzesznik. Ponosimy na sobie skutki delirium naszej wszechmocności… Ponoszę je słabi wobec mocnych i sami wobec siebie. Ten chłopiec pół godziny konał, ale nie był sam, bo w tej „ciemnej dolinie” konania, był z nim Jezus Chrystus! Jezus konał z chłopcem, Chrystus poznał „dolinę śmierci” chłopca, przeszedł nią z odwagą, w ogromnym bólu i zaufaniu do Ojca.

Św. Marek mówi, ze kiedy ukrzyżowano Jezusa „była godzina trzecia” (Mk 15, 25) czyli godzina dziewiąta przed południem, później były godziny drwin, a potem od południa - trzy godziny ciemności. „A gdy nadeszła godzina szósta, mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej. O godzinie dziewiątej Jezus zawołał donośnym głosem: «Eloi, Eloi, lema sabachthani», to znaczy: Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mk 15,33-34)

Krzyk w ciemnościach konania nie jest krzykiem rozpaczy, choć jest krzykiem donośnym, pełnym nieopisanego bólu. Jezus nie wyrzekł się Boga nawet w tym momencie, kiedy wszystkie światła zgasły, wokół były drwiny a na ziemi ciemność… Jezus wołał: „Boże mój…”

Dlaczego Jezus nie zszedł z krzyża i trwał w ciemnościach? Bo ja jestem w ciemnościach! Gdyby Jezus zszedł z krzyża uratowałby siebie, ale nie mnie. Przeszedł całą drogę ciemności, aby być w niej ze mną, dla mnie, dla mojego zbawienia.

W Psalmie 23, czwartym wersecie modlimy się: „Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną. Twój kij i Twoja laska są tym, co mnie pociesza”.

Cóż to jest ta ciemna dolina? Zdaje się, że chodzi Gehennę (herbr. Gehinnôm, Dolina Hinnom) – głęboką doliną lub wąwóz , która w czasach starożytnych wyznaczała granice miasta Jeruzalem. Miejsce to było przeznaczone na odpadki pochodzące z miasta (wysypisko śmieci). Dokonywano w niej pierwotnie kremacji zwłok przestępców oraz tych, którym odmówiono z różnych względów normalnego pogrzebu. W tym celu w Dolinie Hinnom utrzymywano stale palące się ognie - ogniska, na jej środku znajdowało się wzniesienie, na którym (między innymi) król Achaz złożył niegdyś bogu Molochowi w ofierze własnego syna. Od tego momentu Dolina Hinnom jest symbolem bałwochwalstywa, kultu fałszywego boga, hańby, niegodziwości oraz najniższego poziomu piekła, z którego nie ma powrotu i do którego trafiają potępieni na wieczną mękę.

Gdzie jest ta Gehenna? Czy chodzi jedynie o fizyczne miejsce lub takie chwile w naszym życiu, które są bardzo trudne, bolesne, krzywdzące? Czy chodzi tylko o nagłe  zagrożenia życia, które przeżywaliśmy czy będziemy przeżywać? Myślę, że nie tylko. Nie szukajmy „doliny ciemnej” za daleko i u innych… Gehenna  jest w nas. Św. Paweł mówi: „Zapłatą za grzech jest śmierć” (Rz 6,23). Moje wnętrze staje się Doliną Hinnomu, kiedy wybieram grzech i trzymam go w sobie. Nikt z nas nie popełnia jednego grzechu, z „jednego przykazania”. Przed każdym stoi możliwość popełnienia wszystkich! Jeśli jakiegoś nie popełniliśmy to wielkie Boże miłosierdzie… Powiem jednak mocniej – ponieważ grzeszyć możemy nie tylko czynem, ale i myślą, mową i zaniedbaniem! Wszyscy popełniliśmy wszystkie grzechy. W różnej mierze, materii, natężeniu, ale wszystkie. Wszyscy w sobie mamy śmietnik, ołtarze obcych bogów, wiele przestępstw… Kiedy otwieram sumienie, robie z sobą „obrachunek”, uznaje zło i proszę Boga o wybaczenie to wybieram się w drogę przez „ciemna dolinę”. Jest sens przechodzić przez nią, ale trzeba wiedzieć – jaki to sens!

Sensowne jest najpierw zastosowanie słów Psalmu 23 do Jezusa. To On pierwszy przeszedł przez „dolinę ciemną” - przez śmierć na krzyżu. To była pascha – przejście – ku życiu. Tym przejściem „odsłonił”, wydobył na światło prawdę o nas, o mnie. Same rany, ponad 4 tys. ran miał Jezus na ciele (św. Brygida, Księga Objawień). Można powiedzieć, ze Jezus doskonale się wyspowiadał za nas przed Ojcem (ta intuicja pochodzi od Adrienne von Speyer  z książki Spowie, Poznań 1993) niemieckiej mistyczki. Jezus każdą raną pokazał i pokazuje, a nic nie ukrywa jacy jesteśmy. Jezus poprosi Ojca o wybaczenie… Ukrzyżowany i sposób Jego umierania pokazuje ile w nas zła. On jest czystą miłością. Zjednoczony z Ojcem w naszym piekle, biorąc na siebie jego skutki – dokonał ekspiacji – wynagrodzenia, przebłagania, stał się przewodnikiem w wyjściu z tej „doliny ciemności”.

Jezusowy „kij i laska pasterska” czyli krzyż są mi pociechą ilekroć robie rachunek sumienia, spowiadam się i żyje w pokucie, bo On jest ze mną i prowadzi mnie – przez uznanie, nazwanie, wypowiedzenie i palenie moich śmieci z dolinny ciemnej!

Za 100 lat gdzie będziesz? W niebie, w piekle czy w czyśćcu? A może Ci jest to obojętne? Być może myślisz dziś tak: ja wierzę, mówię modlitwy spowiadam się od czasu do czasu, jakoś to będzie, pomyślę o tym w przyszłości. A ja Ci powiadam: nie wystarczy sama wiara bez czynów – mówi św. Jakub! Nie wystarczy sama modlitwa! Pobożne zachowania od czasu do czasu! Nasze życie wiary, modlitwy ma być podtrzymywane przez pokutę. Całe nasze życie ma być w procesie zmiany, zawsze, cały czas! Nawrócenie albo jest trwałe albo niema go wcale! Wiele czynów, które ciągle „kochamy” dla Boga jest obrzydliwych. Mamy to odrzucić i pokutować za nie. Św. Franciszek patron tego miejsca mówi: I gdziekolwiek, kiedykolwiek i w jakikolwiek sposób umiera człowiek w śmiertelnym grzechu bez pokuty i zadośćuczynienia, jeśli może zadośćuczynić, a nie zadośćczyni, szatan porywa jego duszę z jego ciała z takim uciskiem i męką, o jakich nikt wiedzieć nie może, o ile tego nie doznaje. I wszystkie bogactwa i władza, i wiedza, i mądrość (por. 2Krn 1, 12), o których sądzili, że mają, zostały im odjęte (por. Łk 8, 18; Mk 4, 25). I pozostały dla krewnych i przyjaciół, a oni zabrali i podzielili jego majątek, a potem powiedzieli: “Niech będzie przeklęta jego dusza, bo mógł więcej nam dać i zgromadzić niż zgromadził”. Ciało jedzą robaki i tak zgubili ciało i duszę w tym krótkim życiu i pójdą do piekła, gdzie będą cierpieć męki bez końca (Św. Franciszek, List do wiernych).

Bruce Marschall: „Kościół jest bardzo stary i bardzo mądry, głosił Ewangelię w lodach i w ogniu, w spiekocie i w śniegu. Nie dziwi się widząc w świecie grzech i pomieszanie.. i wie, że istnieje rzecz gorsza od śmierci miliona młodych ludzi na polu bitwy, a jest nią śmierć jednego staruszka we własnym łóżku, w stanie końcowej zatwardziałości” (za A. Socci, s. 251)        

A jak nazwać publiczne obnażanie się  przed kamerami i chlubienie się grzechami? To nie są wyznania, które prowadzą do skruchy i maja posłużyć rozgrzeszeniu, ale po to, by inni zaakceptowali złe zachowanie. Wyzwala to reakcję solidarności w złym, począwszy od prowadzącego poprzez „ekspertów” na kanapie do oglądających program. Tymczasem grzech jest wstydem! Czyżbyśmy chcieli  oswoić Gehennę? Czyżbyśmy chcieli zamieszkać w ciemnej dolinie grzechu na trwałe. Ale tam się nie da zamieszkać. W piekle nie da się mieszkać! Przez tę dolinę można i trzeba przejść i to z Jezusem Chrystusem i wstydem ku radości zmartwychwstania! Przejść, aby poprzez skruchę On sam spalił zło i poprowadził na zielone pastwiska do stołu Jego Słowa i Ciała.    

Jeśli teraz z Jezusem Chrystusem nie będziemy wchodzić do swojej Gehenny i nie będziemy pozwalać Jezusowi oczyścić się, jeśli nie znienawidzimy grzechu i nie będziemy  pokutować za swoje grzechy – wpadniemy do Gehenny – najdłużej za 100 lat i to na zawsze!

Panie Jezu,  jak setnik wyznaję, bo wierzę, że jesteś Synem Bożym, że przez Ciebie ukrzyżowanego zostałem uwolniony od skutków Gehenny. TY wziąłeś ją na siebie. Uwolnij mnie od delirium wszechmocy, pragnę coraz bardziej trzeźwo patrzeć w swoje sumienie, razem z Toba przechodzić przez moją „ciemną dolinę”, bo pragnę by Twoje światło mnie uzdrawiało, abym oderwał się od każdego złego czynu, abym trwając w pokucie stawał się Twoim mieszkaniem. Proszę Cię o to w tym dziesiątku różańca: ukrzyżowanie i śmierć na krzyżu. 

O cierpieniu Pana 4/6

IV. Pójdź za Mną czyli Jezusa i moja droga krzyżowa

„W wyniku badań nad starożytnymi źródłami dotyczącymi krzyża i ukrzyżowania  można wyciągnąć wniosek, że była to najokrutniejsza  forma egzekucji w starożytnym świecie. Nawet unikano rozmów na ten temat” (H. Sławiński, Przepowiadanie Chrystusowego krzyża, Warszawa, 1997 r., s. 55). Ks. Henryk Sławiński w swojej pracy zbadał wiele tekstów autorów starożytnych i pozabiblijnych, które o tym świadczą.

Najdłuższy opis ostatniej drogi Jezusa przed śmiercią - od siedziby Piłata na szczyt Golgoty – mamy u św. Łukasza (Łk 23, 26-32; por. Mt 27, 31-34; Mk 15, 21-22). Trzeci ewangelista użył do tego opisu ok. 100 słów. „Najkrótszą” drogę krzyżową ma św. Jan, który zawarł opis tej drogi Jezusa w jednym zdaniu czyli kilku słowach; to zaledwie jeden werset w Ewangelii Janowej (J 19,17).  Wybierzemy do medytacji tekst najdłuższy, to znaczy św. Łukasza:
 
„Gdy Go wyprowadzili, zatrzymali niejakiego Szymona z Cyreny, który wracał z pola, i włożyli na niego krzyż, aby go niósł za Jezusem. A szło za Nim mnóstwo ludu, także kobiet, które zawodziły i płakały nad Nim. Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: «Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi! Oto bowiem przyjdą dni, kiedy mówić będą: "Szczęśliwe niepłodne łona, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły". Wtedy zaczną wołać do gór: Padnijcie na nas; a do pagórków: Przykryjcie nas! Bo jeśli z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym?» Przyprowadzono też dwóch innych - złoczyńców, aby ich z Nim stracić”. (Łk 23, 26-32)

Ewangeliści nie koncentrują się na przebiegu i szczegółach drogi krzyżowej. Niewiele mówią o cierpieniach Jezusa tych ostatnich kroków. Dziś trudno ustalić dokładny przebieg drogi krzyżowej i jej długość. Było to ok. 600 metrów. Skazaniec niósł albo cały albo cześć krzyża – belkę poprzeczną.  Belka ta mogła mieć ok. 2,5 m długości, musiała być odpowiednio gruba, aby unieść ciało dorosłego mężczyzny. Waga takiej belki mogła wynosić od 30 do 40 kg, a nawet 50 kg - w zależności od tego czy drewno było suche, czy surowe. Dla człowieka wyczerpanego przesłuchaniem, nieprzespanymi nocami, biczowaniem, nieść taki ciężar przez ponad 600 m było bardzo poważnym wysiłkiem. Dla zdrowego byłby to problem. Do tego trzeba wziąć pod uwagę jeszcze upadki Jezusa. Dodatkowym utrudnieniem były wąskie uliczki, które sprawiały, że belka zaczepiała się co chwilę o przeszkody i trzeba było iść bokiem.

Nie do opisania są cierpienie nie tylko człowieka, ale Syna Bożego. W tym morzu cierpienia warto odkryć na co zwraca uwagę Św. Łukasz opisując drogę krzyżową:

Zatrzymali … Szymona z Cyreny… włożyli na niego krzyż, aby go niósł za Jezusem.
Wyczerpanemu fizycznie Jezusowi była potrzebna pomoc. Spokojna droga „z pola” Szymona została skrzyżowana z drogą Jezusa. Nagle, przez „przypadek”, „wypadek”, znalazł się na trasie tej samej jak Jezus. Otrzymał krzyż. Nie ma nic w tekście o sprzeciwie Szymona. „Nałożyć” można zarówno ciężar jak i zaszczyt! (M. Czajkowski). Kiedy Jezus opowiada o dobrym Pasterzu, który odnalazł zagubioną owieczkę, mówi że pasterz włożył ją sobie z radością na ramiona, aby przynieść do stada (Łk 15,5). Owieczka ta jest ciężarem czy skarbem, który się niesie? I jednym i drugim równocześnie! W San Giovani Rotondo, gdzie przeżywał swoje kapłaństwo i życie zakonne św. o. Pio, obok klasztoru jest droga krzyżowa. Zamiast Szymona na drodze krzyżowej jest postać św. O. Pio. Radość i ból wielu lat zjednoczenia ze Zbawicielem… który przez Jego posługę uratował i ratuje nadal wiele zagubionych owieczek…
Szymon z Cyreny został przedstawiony jako typ ucznia - męczennika, który otrzymawszy krzyż – przyjmuje go i idzie za Jezusem. Pierwszym jednak zawsze jest na tej drodze Jezus.

 Pierwsze zdanie o drodze krzyżowej u św. Łukasza przywołuje inne zdanie z tej samej Ewangelii, kiedy Jezus „mówił do wszystkich: «Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje!” (Łk 9,23). Jak to się ma do akceptacji siebie, miłości siebie, do naszych dobrych pragnień? Mamy zanegować siebie? Trzeba te słowa dobrze zrozumieć, bo one były też ważne w całym życiu Jezusa (od Betlejem, poprzez trud, niewygody życia, aż do ostatniej drogi na Kalwarię)

„Zaparcie się siebie” to wysiłek skierowany przeciwko „ja”, które przeszkadza mi w drodze za Panem i w świadczeniu o Jezusie oraz Ewangelii. Mam świadczyć w świecie, który jest chory, zatruty złem i nie ma innej drogi wyjścia ku życiu jak „wyrzeczenie się”, „zaparcie”, pokuta, naśladowanie Jezusa. Czy Jezus nie „wyrzekał się” ratując świat i każdego człowieka? „Nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi” (Flp 2, 6-7). A w Getsemani? Wola Ojca ważniejsza od osobistego lęku przed cierpieniem i śmiercią! Jezus wystąpił w tej walce w myślach przeciwko swojemu planowi! „Zaparcie się siebie” nie jest nienawiścią do siebie, czy jakąś samo destrukcją. „Przedmiot samo wyrzeczenia nie jest jednak definiowany i nie może być uchwycony poza konkretną sytuacją. To czego mam się wyrzec, da się określić jedynie w istniejących, konkretnych okolicznościach. Następuje to... przez rozeznanie tego, co we mnie, w moim „tu i teraz” stoi na przeszkodzie w świadczeniu o Chrystusie i Ewangelii” (Wilkie Au,  Droga serca,  Kraków 1998 s. 53).

Kiedy szukasz najdogodniejszej pozycji na modlitwie i zaraz śpisz – to klęknij…
Kiedy masz niechęć do współmałżonka i na języku już masz przekleństwo – zamilknij, pomódl się…
Kiedy teraz uciekają Ci myśli i budzą wątpliwości – powróć do modlitwy, słuchania, zdecyduj i wybierz Jezusa…
Każda sytuacja może być przeżyta z Jezusem i dla Niego…
Pomyśl, co teraz, podczas słuchania (czytania) tych słów lub w tym okresie życia przeszkadza Ci w byciu blisko Jezusa i zaświadczeniu o Nim, pomyśl… podejmij decyzję…

Jakby „naturalnie” szukamy swojego potwierdzenia, wielkości, szukamy wygody i przywilejów… Skoncentrowanie się jednak tylko na sobie, szukanie siebie prowadzi do samotności, ostatecznie - piekielnej samotności (Narcyz umiera przy źródle, nie mogąc oderwać wzroku od siebie.) Człowiek realizuje się wtedy, kiedy odkrywa i doświadcza, że jest kochany przez Boga i w wolności wchodzi na drogę rozdawania siebie i służenia w ubóstwie (S. Fausti). Droga krzyżowa to nie jest samotna droga szaleńca, ale drogą „za” i „z” Panem. Jest to droga w samozaparciu przez śmierć do życia. Tak ocalani jesteśmy na wieki. Inaczej nie wyjdziemy zwycięsko z tego świata.

Nie znamy stanu duchowego w jakim Szymon przeżywał niesienie krzyża Jezusa, Biblia jednak podpowiada nam, że od niesienia krzyża Jezusa przeszedł do niesienia swojego krzyża za Jezusem. Jego synowie Aleksander i Rufus (Mk 15,21) znani byli w rzymskiej wspólnocie chrześcijan (Rz 16,13). Szymon został chrześcijaninem po tej drodze krzyżowej i dobrze wychował synów swoich. Wyprawił ich w życie z nauką krzyża.

A szło za Nim mnóstwo ludu, także kobiet, które zawodziły i płakały nad Nim…
Nie tylko Szymon, ale „mnóstwo ludzi” szło „za Nim”, za Jezusem. Te osoby, wiele osób ukazane są w opozycji do Wysokiej Rady, do tych którzy drwią czy tylko przypatrują się Jezusowi. Oni wszyscy idą....  drogą, którą proponuje Pan, drogą którą On sam jest! To wielki tłum, czy ja jestem w nim? Jakie motywy kierują mną w szukaniu bliskości Jezusa?
Kobiety współczuły Jezusowi – to na pierwszy rzut oka dobre zachowanie. Ale Jezus napomina te kobiety, czy tylko te kobiety? Wszystkich nas napomina. W chrześcijaństwie nie chodzi o współczucie Jezusowi, nie chodzi o emocje i pobożne westchnienia. Wspólnota nie może być miejscem karmienia chorych emocji. Kontakt z Chrystusem, Jego Słowem, Kościołem ostatecznie ma prowadzić do głębszego nawrócenia, opłakiwania własnych grzechów i wstawiennictwa za innych, za bliskich, za świat pogrążonych w grzechu. Jezus – prorok – ukazany jest wobec „córek jerozolimskich” jako cierpiący nie tylko i nie „po pierwsze” z powodu bólu fizycznego, ale  powodu przyszłości Jerozolimy, ale i Kościoła i świata… Jeruzalem, które odrzuca Mesjasza, spotka nieszczęście. Błogosławieństwa przemienią się wtedy w przekleństwa. Macierzyństwo, które było wyrazem wielkiej przychylności Boga stanie się ciężarem nie do uniesienia. Przyjdzie czas, że lepiej byłoby dla kobiet mieć  niepłodne łona, nie rodzić, nie karmić. Straszne słowa! Tak będzie w obliczu sądu, który nadchodzi, ponieważ ziemia nie przyjmuje Zbawiciela i kolejne pokolenia doświadczają od siebie przemocy, wojen i nieszczęść. Tak było w roku 70 po Chrystusie tak było w wieku XX a jak będzie w tym wieku? Proroctwo Jezusa z drogi krzyżowej jest aktualne. Jezus jest zielonym drzewem, żywym, a co z Nim zrobiliśmy na tym świecie? Jeśli z zielonym drzewem to czynimy to co czeka nas - od nas samych, kiedy wyrzucając Jezusa, nie wchodząc w pokutę stajemy się suchymi krzakami na pustyni (por. Ps 1). Spalimy się i zginiemy szybko w pożodze nienawiści. Co wtedy zostanie nam? Wołać, krzyczeć, coś bardzo nielogicznego, rozpaczliwego… „Wtedy zaczną wołać do gór: Padnijcie na nas; a do pagórków: Przykryjcie nas!”. Słowa Jezusa do kobiet w drodze na Golgotę to ostatnie wezwanie do nawrócenia i pokuty, również dla tych, którzy już za Nim idą.

Prowadzono też  dwóch innych złoczyńców…
Ostatni akcent drogi krzyżowej u św. Łukasza. Jezus przemierza drogę z dwoma złoczyńcami. Całe życie był z nimi… z nami – zło-czyńcami! Nazwany przyjacielem „celników i grzeszników” (Łk 7,34). Nie był Jezus przyjacielem zła, ale tych, których zło ogarnęło, którzy złu ogarnąć sie dali. Jednak On - widział i widzi w człowieku, we mnie - boskie tchnienie, swój obraz, dlatego „zaparł się siebie” i idzie obok mnie jako pierwszy z krzyżem. Nie wstydzi się. Ma nadzieję, że w drodze za Nim nawrócimy się. Czy ta droga zakończy się tak jak dla jednego ze złoczyńców: „Dziś ze Mną będziesz w raju” (Łk 23,43)?.

Dlatego biorę do ręki kolejny dziesiątek różańca. Patrzę na drogę krzyża Jezusa. Proszę, bym umiał się zaprzeć i zatrzymamy jak Szymon – przyjął skarb i ciężar w krzyżu, abym wreszcie zapłakał nad sobą i jak łotr zdobył się na akt prawdziwej skruchy. Bo chcę ocalenia.

O cierpieniu Pana 3/6

III. Cierniami w głowę Jezusa czyli królowanie


Trzecia ikona, którą chcemy odczytać w medytacjach pasyjnych na podstawie Ewangelii to również bolesna tajemnica różańca: cierniem ukoronowanie Jezusa Chrystusa (por. Mk 15,16-20; Mt 27, 27-31; J 19,2-15). Mówi wiele o tym jaki jest Bóg i jaki jest człowiek. Spośród opisów ewangelicznych wybieramy zapis św. Jana:  
„Żołnierze uplótłszy koronę z cierni, włożyli Mu ją na głowę i okryli Go płaszczem purpurowym. Potem podchodzili do Niego i mówili: «Witaj, Królu Żydowski!» I policzkowali Go. A Piłat ponownie wyszedł na zewnątrz i przemówił do nich: «Oto wyprowadzam Go do was na zewnątrz, abyście poznali, że ja nie znajduję w Nim żadnej winy». Jezus więc wyszedł na zewnątrz, w koronie cierniowej i płaszczu purpurowym. Piłat rzekł do nich: «Oto Człowiek» (…) «Czyż króla waszego mam ukrzyżować?» Odpowiedzieli arcykapłani: «Poza Cezarem nie mamy króla». J 19, 1-5.15). 
Początek opisu mówi o „uderzeniu” ostrymi cierniami w głowę Jezusa, bo niemożna mówić, że spokojnie zakłada się ciernistą koronę na głowę… cierpliwość Boga.  
Dla władzy (Piłata, żołnierzy i wielu ludzi wtedy i dziś), która ma oparcie we pieniądzach i armii to kabaret, „król śmiechu warty”; „słodki Jezusek”… ciapowata persona” – tam mówi Richard Dawkins swojej książce „Bóg urojony”(2007 r.). Kilka lat temu w kampanii reklamującej Harry Pottera pojawiły się słowa Pani Joanne K. Rowling autorki powyższej opowieści: "Książki te pomagają dzieciom zrozumieć, że słaby, idiotyczny Syn Boży jest żywym dowcipem, który będzie skompromitowany, gdy nadejdzie deszcz ognia". Wypowiedź ta długo nie była dementowana, a autorka nie zażądała wycofania go z publikacji. (w "Aargauer Zeitung" z 19 X 2000 za ks. Waldemarem Kulbatem).  
To Bóg jest mocny czy słaby?! Jest mocny! I tylko jako Najmocniejszy może pozwolić sobie na taką słabość…  

Dla św. Jana i wierzących spojrzenie na ikonę Jezusa-Króla w cierniowej koronie to kontemplacja oblicza Słowa Wcielonego, Boga-Człowieka przez którego „wszystko się stało”.  Kpina sług władzy-przemocy jest w Ewangelii św. Jana czystą prawdą. Zdanie  Piłata „oto człowiek” można rozumieć jako wyraz współczucia dla zmaltretowanego człowieka, pewnie chciał również ośmieszyć w oczach Żydów Jezusa – pokazać Go jako wcale niegroźnego konkurenta dla niego oraz cesarskiego panowania. W konsekwencji jednak Piłat ośmiesza siebie i władzę, którą reprezentuje; przecież pokazuje poranionego (wcześniej biczowanego do nieprzytomności), niewinnego człowieka z cierniami na głowie, w czerwonym płaszczu legionisty, oplutego. Oto więc, co z człowieka może uczynić władza i chęć panowania. Nie o to chodziło w błogosławieństwie Boga po stworzeniu: rozmnażajcie się… zaludniajcie ziemię… uczyńcie ją sobie poddaną, abyście panowali… (por. Rdz 1,28). Św. Jan bardzo misternie przedstawił dialog Piłata z Jezusem na temat panowania (J 19,2-16), królowania i władzy, a stosując zamierzoną wieloznaczność słów pokazuje Piłata jako władcę, który, choć skazując Jezusa na śmierć to równocześnie intronizuje – wprowadza na tron Jezusa jako Królem i Sędziego całej ludzkości: Piłat posadził Jezusa na swojej trybunie i ogłosił Go królem tak można rozumieć ten werset Ewangelii św. Jana: „Piłat… wyprowadził Jezusa na zewnątrz i zasiadł (czasownik „posadzić” należy rozumieć w znaczeniu przechodnim: I. de la Poterrie, C. K. Martini, F. Gryglewicz) na trybunale, na miejscu zwanym Lithostrotos, po hebrajsku Gabbata” (J 19,13). Wizja paradoksalna, ironiczna w której realizuje się proroctwo Księgi Daniela: „Patrzałem w nocnych widzeniach: a oto na obłokach nieba przybywa jakby Syn Człowieczy (czyli człowiek, ale nie jakikolwiek, ale ten, który ukrzyżowany – zmartwychwstał, Słowo Wcielone – Jezus) … Powierzono Mu panowanie, chwałę i władzę królewską, a służyły Mu wszystkie narody, ludy i języki. Panowanie Jego jest wiecznym panowaniem, które nie przeminie, a Jego królestwo nie ulegnie zagładzie” (Dn 7,13-14).   

Cierń wbity w głowę Syna Bożego przywołuje krzew cierniowy jako głównego bohatera bajki Jotama (por. Sdz 9). Czy krzew cierniowy może być królem drzew? Nie może, bo nie wydaje owoców, nie daje cienia a zbliżenie się do niego powoduje rany (królowania nie przyjmują pożyteczne drzewa: oliwka, figowiec, krzew winny). A jednak został królem samozwańczy syn Gedeona - Abimelek, który wymordował 70 braci! W bardzo mądrej i pięknej bajce, którą opowiedział Jotam jest ukazana pycha człowieka i brata, który jako krzew cierniowy - ostateczni tragicznie ginie. Jego głowa, która sięgnęła po władzę - koronę, na wzór innych władców ziemskich, zostaje zmiażdżona kamieniem od żaren, który z murów obronnych miasta Tebes rzuciła kobieta. Było to kolejne miasto, którym chciał władać. Kiedy Żydzi chcieli króla – już jako cały naród – ponownie, a nie podobało się to Samuelowi: Bóg powiedział: „nie ciebie odrzucają, lecz mnie odrzucają jako króla nad sobą” (1 Sm 8,7). Bardzo mocno te słowa Boga brzmią w zestawieniu z tymi, które wypowiedzieli arcykapłani podczas cierniem ukoronowania Jezusa: „Odpowiedzieli arcykapłani: «Poza Cezarem nie mamy króla»” (J 19, 15).  
Człowiek cierń przyjmuje za koronę chwały, ale zraniony taka postawą najbardziej jest sam Bóg. Jeśli człowiek chce być królem jedynym, niepowtarzalnym, oryginalnym i sięga po koronę ze złota, w oczach Boga to korona ciernia, która go zabije… „Wiecie, że władcy narodów uciskają je, a wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie u was. Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem waszym, (Mt 20,25-27).    

Czy to nie jest ciąg dalszy budowania wieży Babel? Istotą grzechu budowniczych wieży Babel nie jest grzech ateizmu, ale budowanie dla siebie: „Chodźcie, zbudujemy sobie miasto i wieżę, której wierzchołek będzie sięgał nieba” (Rdz 11,4). Następny werset mówi subtelnie i ironicznie o ludzkich wysiłkach „budowania dla siebie”, „swojej” wielkości: „Pan zstąpił z nieba, by zobaczyć to miasto i wieżę, które budowali ludzie” (Rdz 11,4). Pan schodzi na ziemię, aby dostrzec to, co w oczach ludzi jest „tak wielkie”. Zszedł na ziemię, a my urządziliśmy Mu koronację. Wielkość dla nas to siła i potęga. Małość (minoritas, słowo, z którym zżył się jest św. Franciszek) to rezygnacja z wszelkiej manifestacji siły i przebojowości, a oparcie się we wszystkim na miłości Boga, który podnosi z prochu nędzarza). Jezus zszedłszy na ziemię mówi: „To, co za wielkie uchodzi między ludźmi, obrzydliwością jest w oczach Bożych” (Łk 16,15).  
Proces Jezusa trwa. Jezus niewinny stoi przede mną, przebrany w szaty mojej głupoty. Wziął te głupotę na siebie, bo chce mnie uratować. Będzie tak cierpliwy aż się opamiętam… „Niech zaś dla was, umiłowani – pisze św. Piotr – nie będzie tajne to jedno, że jeden dzień u Pana jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat jak jeden dzień. Nie zwleka Pan z wypełnieniem obietnicy - bo niektórzy są przekonani, że Pan zwleka - ale On jest cierpliwy w stosunku do was. Nie chce bowiem niektórych zgubić, ale wszystkich doprowadzić do nawrócenia. (2 P 3,8-9). 

Cierpliwy, w koronie cierniowej, czeka, aby Go uczcić, aby Mu zaufać. Nie ma takiej sytuacji, do której Jego królewskie berło, władza nie sięga. Na przekór i wbrew świata – Jezus to Król, który działa, jest zainteresowany każdym, los każdego nie jest Mu obcy. A więc i moje życie może być poddane jego królowaniu, aby było oczyszczane z wizji ziemskiej władzy, panowania, z zamknięcia w sobie, abym mógł odkryć z prostotą dziecka, że jestem kochany i oczekiwany przez Niego., że jestem zaproszony na Jego drogę, która mimo doświadczeń cierni prowadzi do chwały.  
  
Juan Meléndez trafił do celi śmierci niesłusznie, gdy miał 33 lata! Wyszedł w wieku 51 lat – w styczniu 2002 r. Siedemnaście lat, osiem miesięcy i jeden dzień czekał na wykonanie kary śmierci. Oskarżono go o napad z bronią w ręku i okrutne zabójstwo człowieka. Dlaczego trafił do więzienia i otrzymał karę śmierci? Władza, pieniądze i żołnierze (w tym wypadku policjanci)… Wyznaczono nagrodę za schwytanie sprawcy, a zabity człowiek był rasy białej, Juan zaś Latynosem. Niestety został oskarżony przez policjanta, który w zeznaniach powiedział, że Melendez przyznał się do winy. To było kłamstwo. Po siedemnastu latach odkryto nagranie, w którym winny przyznał się do popełnienia zbrodni. Wówczas zapadła decyzja, by przeprowadzić dokładniejsze śledztwo. Wyszło na jaw, że prokurator dysponował szesnastoma dokumentami potwierdzającymi to zeznanie, znaleziono też dowody rzeczowe… Prawdziwy sprawca został zamordowany przez policjanta już wcześniej – był konfidentem (szpiegiem). Cela, w której przebywał Juan, o wymiarach dwa na trzy metry, była ciemna, wilgotna, przychodziły tam szczury i karaluchy... Za każdym razem, kiedy zaczynałem myśleć o samobójstwie, opowiada Juan, Bóg zsyłał sen, który odbierał jako znak. To było tak, jakby mówił: „Wiem, że ty tego nie zrobiłeś, ale ja panuję nad czasem. Wyjdziesz stąd, kiedy ja o tym zdecyduję. Musisz mi zaufać”. Potrzeba było na to ponad siedemnastu lat!! Nienawidził ludzi, którzy go skrzywdzili i sam nie doceniał swojego życia. Tyle trwała przemiana. Teraz – mówi Juan - myślę jedynie o dobrych rzeczach i chcę spełniać tylko dobre uczynki. Dawniej nie przywiązywałem wagi do mojego życia, nie doceniałem prostych rzeczy. Ale kiedy wyszedłem z więzienia i pytano mnie, co chciałbym zobaczyć, odpowiadałem: chcę zobaczyć księżyc, gwiazdy, chcę chodzić boso po ziemi, przytulić dziecko i pobawić się z nim. Na tym właśnie polegała zmiana. Od nienawiści do innych do przebaczenia im, od pogardzania sobą do akceptacji życia…

Pomimo tego, że po tylu latach krzywdy wręczono mu 100 dolarów, koszulę i spodnie i nikt go nawet nie przeprosił Juan Meléndez jest człowiekiem szczęśliwym.
To nie jest tylko historia Juana… to historia każdego z nas; w tym sensie, że możemy poddać Jezusowemu panowaniu aktualną naszą sytuację, w której narzekamy, buntujemy się z powodu cierpliwości Boga wobec złych i Jego braku interwencji w życie „dobrych”. Biorę więc do ręki kolejną tajemnicę bolesną w różańcu, aby w sytuacji której jestem – poddać się władzy Króla wszechświata i mojego Króla… cierpliwego, znieważonego, ale kochającego i czekającego na intronizację w moimi sercu, na detronizację mojego „ja”, na odkrycie – razem z Nim – prawdziwej wielkości.

Przesuwanie paciorków różańca to jak delikatne wyciąganie kolejnych cierni z głowy Jezusa…